BTS – Rozdział Specjalny 1
Obniż temperaturę
[Pran]
Zgodnie z moją życiową wiedzą na temat przemęczenia miałem dwa objawy: ból głowy i ból gardła. Przeszkadzały mi one w spędzeniu weekendu na tym, na co miałem ochotę. I prawdopodobnie pojawiłyby się kolejne objawy, gdybym nie przestał pracować.
– Praaaaan! – Wywróciłem oczami, kiedy Pat zawołał mnie, pojawiając się z tyłu. Bezczelny facet, który odrzucił wizerunek prezesa firmy, objął ramionami moją szyję i oparł podbródek na mojej głowie. – Dlaczego wstałeś tak wcześnie?
– Bo poszedłem wcześnie spać, zasnąłem chwilę po tobie – odpowiedziałem. Zapisałem plik i odwróciłem się. – Biegasz po moim domu, kiedy tylko ci się podoba, bo nie ma tu moich rodziców.
Pat uśmiechnął się bez skrępowania.
– W końcu jesteś sam. Nie możesz sobie odpuścić?
Pokręciłem głową. Dwa dni temu moi rodzice wyjechali z miasta na tydzień w interesach. Mieli wrócić w sobotę rano. To dlatego nie najlepiej się czułem. Cóż, nie spałem całą noc i wykorzystałem okazję, że ten bezczelny facet pojechał do firmy, żeby dokończyć moją pracę w weekend. Prawie nic nie jadłem. Niewątpliwie moje ciało protestowało…
– Co robisz? – Pat przysunął krzesło, by usiąść obok mnie.
– Piszę CAD.
– Wyspałeś się? Masz ciemne kręgi pod oczami. Jestem przerażony.
– Więc odejdź – warknąłem.
– Odpocznij trochę. Chodźmy coś zjeść.
– Już prawie skończyłem.
– Poczekam. Potem możemy wziąć wspólny prysznic. Pójdę po ubrania.
– Zacz… – Zanim zdążyłem coś powiedzieć, Pat wybiegł z mojego domu. Westchnąłem i pokręciłem głową, myśląc o żartobliwej stronie Napata, prezesa P&P – tego, którego kiedyś chwalił mój tata. Mimo to musiałem przyznać, że jego prawdziwe oblicze, obecne i to w przeszłości, było bardzo pomocne, kiedy miałem problemy.
– Wreszcie koniec… – westchnąłem i rozprostowałem ramiona po wysłaniu maila do klienta.
– W takim razie chodźmy pod prysznic – zawołał Pat i zaszarżował, by ściągnąć mnie z krzesła.
– Hej, poczekaj. Nie miałem okazji odpocząć.
– Jest prawie południe. Nie jesteś głodny? Odpoczniesz w łazience.
Zmrużyłem oczy.
– Pat, jestem wykończony.
– Zrobię ci masaż. Obiecuję, że dostarczę ci miłego relaksu.
Ponownie przymknąłem powieki i zmarszczyłem brwi. Pat był bezwstydny. Gdyby miał ogon, merdałby nim w niekontrolowany sposób. Nie był w stanie stłumić uczuć, a jego intencje było widać w każdym drgnięciu jego ciała. Irytowało mnie to jak diabli. Naprawdę miałem ochotę wymierzyć mu porządnego kopniaka.
PAC!
– Auć! To boli, Pran. – Pat zgiął się wpół, bo dostał łokciem w brzuch, a woda rozprysnęła się po ścianach. Byliśmy w wannie, w łazience mojego domu, a ja opierałem się o jego klatkę piersiową.
– I co z tego? – krzyknąłem pomimo wyczerpania. Ten chciwy drań nigdy mnie nie słuchał. – Cholera!
– Nie gniewaj się – szepnął mi do ucha Pat rozbawionym głosem, obejmując mnie mocno w pasie. – Tak bardzo za tobą tęskniłem.
– Przestań używać tej wymówki.
– Ale kazałeś mi się ruszyć!
– Pat.
– Żartowałem! – Odwrócił głowę, by uniknąć mojego uderzenia, i zacisnął ramiona, unieruchamiając mnie. – Nie bij mnie.
– Jestem głodny.
– Chcesz zjeść na mieście?
– Nie.
– Jest coś w lodówce?
Potrząsnąłem głową.
– Tylko kilka składników. To, co mama kupiła przed wyjazdem. Zrobię coś.
– Ugotujesz coś? Może mam coś zamówić?
Ponownie potrząsnąłem głową i oparłem się o niego.
– Nie.
Pat zamilkł, sprawiając, że podniosłem wzrok. Marszczył brwi, patrząc na mnie. Po chwili położył dłoń na moim czole i zmarszczył brwi jeszcze mocniej.
– Jesteś rozpalony.
I to była ostatnia rzecz, jaką usłyszałem, zanim zostałem wyniesiony z łazienki.
Bolała mnie głowa.
Bolało mnie gardło.
Ciekło mi z nosa.
Miałem gorączkę.
Twarz mi płonęła.
Moje ciało płonęło, jakby miało zaraz eksplodować.
Pierwsze dwa objawy brzmiały banalnie, ale teraz miałem ich sześć. Praca przez całą noc z pustym żołądkiem była wystarczająco zła. A potem kąpałem się z rozpieszczonym facetem przez prawie godzinę. To niewątpliwie pogorszyło mój stan.
– Pran.
– Uhmmm… – Moje oczy drgnęły, gdy ktoś potrząsnął mnie za ramię i zawołał moje imię.
– Usiądź, żeby coś zjeść i wziąć lekarstwa. – Marszczyłem brwi, nie chcąc się obudzić. Już miałem się przewrócić na drugi bok, gdy ktoś znowu mnie szarpnął. – Płoniesz. Jeśli nic nie zjesz i nie zażyjesz leków, to nie poczujesz się lepiej.
– Nie chcę jeść.
– Tylko trochę. Zrobiłem owsiankę.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem białą ceramiczną miskę z owsianką posypaną pieprzem i kolendrą. Wyglądała tak normalnie, że byłem podejrzliwy.
– Sam ją zrobiłeś?
– Tak. Jesteśmy tu tylko my dwaj. Kto inny mógłby ją przyrządzić?
– Więc umrę?
Pat się roześmiał.
– Nie umrzesz. Spróbowałem. Jest całkiem niezła.
Jakbym miał zaufać jego kubkom smakowym…
– Wstawaj – powtórzył i odstawił miskę na bok. Oparł się plecami o wezgłowie łóżka i podniósł mnie, żebym położył głowę na jego klatce piersiowej. Przytrzymał mnie jedną ręką i podniósł łyżkę do moich ust. Odwróciłem się nieśmiało.
– Mogę jeść sam.
Byłem chory, a nie niepełnosprawny. Nie musiał traktować mnie jak niemowlaka.
– Po prostu otwórz usta. Jesteś moim chłopakiem. Muszę się tobą zaopiekować.
– Zamknij się.
CMOK!
– Pat! – krzyknąłem, otrzymując szybki pocałunek w policzek. – Zarazisz się ode mnie!
– Nie boję się.
– Pojutrze masz ważne spotkanie. A co, jeśli zachorujesz?
– Jestem silny. Nie martw się. No dalej, otwórz buzię.
Otworzyłem usta, żeby go skrzyczeć, ale Pat po prostu wepchnął w nie łyżkę z owsianką… Mogłem się tylko skrzywić, zirytowany uporem tego faceta. Po kilku kęsach zadzwonił telefon leżący na szafce nocnej. Pat i ja spojrzeliśmy na niego w tym samym czasie i zobaczyliśmy imię Ponga. Zanim zdążyłem wyciągnąć rękę, drugi facet szybko chwycił telefon.
– Pat…
– Odbiorę i powiem mu, że jesteś chory.
– Przecież mogę rozmawiać.
– Nie pozwolę ci.
– Pat…
– Po prostu jedz.
– Ale…
Pat machnął ręką, oddał mi łyżkę i odebrał połączenie, nie słuchając moich słów.
– Tak, Pong. Pran jest chory. Tak, nie jest tak źle. Wszystko w porządku. Zajmę się nim. Tak. Dobrze. – Pat marszczył brwi tym mocniej, im więcej mówił. Spojrzał na mnie kilka razy. Kiedy w końcu się rozłączył, westchnął głęboko. – Jedz.
– Co powiedział?
– Nic.
– Hę? A co z…
– Jedz, Pran, żebyś mógł wziąć tabletki.
Dyszałem. Mój oddech był gorący, w przeciwieństwie do chłodnego dotyku powietrza. Przez to trząsłem się pod grubym kocem, który Pat podciągnął mi pod samą szyję. Było mi źle, drżałem z zimna, pociłem się z gorączki i łzawiły mi oczy.
– Pat…
– Wszystko w porządku?
Mrugałem, by pozbyć się kropel blokujących widzenie, wysyłając je w dół moich policzków. To działanie sprawiło, że facet przede mną był coraz bardziej zaniepokojony. Kiwnąłem głową i klepnąłem go po twarzy.
– Wszystko w porządku.
– Pieprzenie, a nie w porządku! Twoja twarz jest cała czerwona, ciało płonie, a poza tym dyszysz.
– Przestań robić taką minę. Nic mi nie będzie. Wystarczy, że trochę odpocznę. Poza tym mówiłem ci kilka razy, żebyś trzymał się ode mnie z daleka. Dlaczego się tak przysuwasz?
– Jestem uparty.
– Raaaany! – Zamknąłem mocno oczy, gdy w mojej głowie pojawił się ból. Słyszałem, jak Pat mnie woła, ale nie mogłem unieść powiek. Kilka sekund później poczułem, że moje skronie są delikatnie masowane.
– Pat…
– Nic nie mów. Po prostu śpij. Robię ci masaż głowy.
– Uparciuch.
– Jesteś chory.
– Przez ciebie! – Mój głos był przezabawnie miękki.
– Oczywiście! Wiem i przepraszam.
Odsunąłem głowę od jego rąk.
– Nie masuj mnie. Idę spać. Idź do domu.
– Jak mógłbym? Mój chłopak jest chory – powiedział Pat, wspinając się na łóżko.
– Co ty wyprawiasz?!
– Śpię z tobą.
– Odejdź.
– Nie.
– Pat, przeziębisz się – mówiłem coraz ciszej, bo traciłem głos.
– Byłoby świetnie. Będziesz mógł się mną zająć.
– Skopałbym ci tyłek.
Pat uśmiechnął się bez skrępowania i z całej siły mnie przytulił.
– Gdy poczujesz się lepiej, pozwolę ci robić, co zechcesz.
– Zawsze obiecujesz… – mruknąłem, pozwalając mu objąć się tak mocno, że mój policzek przylgnął do jego klatki piersiowej. Nie wiedziałem dlaczego, ale nasze ciała, mimo mojej choroby, dotykały się komfortowo. Poczułem się tak dobrze, że oczy same mi się zamknęły…
Zanim zasnąłem, usłyszałem szept, który wywołał mój uśmiech pomimo rozdzierającego bólu głowy.
– Wolę zachorować niż zostawić cię samego.
Uśmiechnąłem się i wtuliłem w ciepłą klatkę piersiową, trzymając Pata mocniej i słysząc jego chichot. Obaj wiedzieliśmy, że to działanie to język ciała, który z mojej strony oznaczał „kocham cię”.
A on był jedyną osobą, która to rozumiała…
Tłumaczenie: Baka





I love them so much!! Dziekuje za tlumaczeniee
OdpowiedzUsuń<3
Usuń