BTS – Rozdział specjalny 2

 


Podkręć temperaturę

[Pat]


    Pran zawsze był upartym facetem. Nie miałem pojęcia, kiedy aż tak dobrze go poznałem, ale miałem rację, zakładając, że ten uparty facet pracował całymi dniami i nocami, kiedy nie było w domu nikogo, kto by go przypilnował. Moje relacje z rodziną Prana stopniowo się poprawiały, nawet zanim ich jedyny syn wrócił do Tajlandii. Nadal jednak musiałem okazywać wujkowi Pakornowi szacunek. Nie byłem tak zuchwały, by zachowywać się jak jego zięć. Myślę, że nikt – z wyjątkiem Prana – nie wiedział, że bez względu na to, ile czasu minęło, wciąż byłem tym samym Napatem. Tym, który zawsze sprawiał, że Pran ciężko wzdychał, miał dość i był zakochany. Nie potrafiłem powiedzieć, które uczucie przeważało nad pozostałymi. Kiedy rodzice Prana byli w domu, nie widywałem go tak często, jak chciałem, nawet jeśli już nie musiałem się tam zakradać. Wolałem korzystać z okazji, kiedy był sam w domu.

    – Pran, wytrzyjmy twoje ciało.

    Przyciemniłem światło, wchodząc do sypialni z miednicą wypełnioną ciepłą wodą. Minęły trzy dni, a on wciąż nie wyzdrowiał, ale przynajmniej gorączka już nie rosła. Miałem na sobie marynarkę z rękawami podwiniętymi do łokci i spodnie, które założyłem na spotkanie wczesnym rankiem. Zrzuciłem jedynie skarpety, a potem przygotowałem tabletki i kolację dla Prana, by później zająć się sobą. Właśnie otworzył oczy. Przesunął się trochę, a plaster chłodzący upadł obok poduszki.

    – Twoja temperatura jest niższa niż wczoraj.

    Pran zakaszlał w odpowiedzi. Miał tak ochrypły głos, że nie mógł mówić. Po wczorajszej wizycie u lekarza mieliśmy nowy zestaw tabletek.

    – Chcę wziąć prysznic – wycharczał. Odstawiłem miskę na bok i wziąłem chusteczkę, by wytrzeć mu nos. Próbował odwrócić głowę, ale byłem uparty.

    – Wydmuchaj nos.

    – Hmm!

    – Przestań się opierać. – Spojrzałem na niego, a Pran w końcu się poddał.

    – Poczujesz się lepiej po zażyciu leków. Zdejmiemy ci ubranie. Musisz czuć się lepki.

    – Chcę wziąć prysznic.

    – Nie możesz – powiedziałem, unosząc rąbek jego koszuli. Jęknął, ale nalegałem, dopóki nie ustąpił. Po kilku dniach choroby pan Parakul stał się bardziej posłuszny niż wcześniej.

    – Jadłeś coś?

    – Nie. Najpierw cię ogarnę.

    – Spałem cały dzień – chrypiał właściciel domu, wyciągając rękę, bym wytarł ją ciepłą, wilgotną szmatką. – Nie chcę być tu dłużej zamknięty.

    – Na zewnątrz jest zimno. Poczekaj, aż poczujesz się lepiej.

    – Ale ja się nudzę.

    – To wracaj szybko do zdrowia – powiedziałem i wspiąłem się na łóżko. Delikatnie wycierałem szmatką jego plecy. Skóra Prana była cała czerwona, ale nie tak bardzo jak pierwszego dnia gorączki. – Nigdy nie słuchałeś, kiedy mówiłem, żebyś odpoczął. Teraz twój organizm załamał się z przepracowania. Nic na to nie poradzę.

    – Przestań zrzędzić.

    – Przestanę, jeśli będziesz lepiej o siebie dbał.

    Myślałem, że po ukończeniu studiów Pran przestanie się przepracowywać i będzie miał czas, by wyluzować i skupić się na sobie. Okazało się, że już chwilę po powrocie z zagranicy wziął zlecenia od znajomych i pracował nad nimi dzień i noc. Zwykle spałem we własnym domu. Gdy Pran wyjechał, wróciłem do swojego pokoju, mogłem więc teraz obserwować, że światło u niego jest włączone całą noc i gaśnie dopiero prawie o świcie.

    – Wiem, że jesteś pełen entuzjazmu, Pran, ale powinieneś oszczędzać energię. Nie chcę, żebyś umarł w najbliższym czasie – tłumaczyłem z troską.

    Patrząc, jak choruje, byłem niespokojny i zmartwiony. Wujek Pakorn wspomniał kiedyś, że Pran bierze stanowczo za dużo zleceń. Rozumiałem, że chciał wykorzystać to, czego się nauczył, ale pracował zbyt ciężko, a to martwiło ludzi wokół niego. Poruszałem z nim ten temat niezliczoną ilość razy. Musiałem też używać różnego rodzaju sztuczek, by zmusić go do odpoczynku. Par dokuczała mi wcześniej, że nie będę miał czasu dla Prana, kiedy wróci, ale było wręcz przeciwnie. Dobrze, że czasami mnie rozpieszczał, chociaż przy okazji zawsze narzekał, że zachowuję się samolubnie.

    – Zdejmij spodnie. Wytrę ci nogi.

    – Sam to zrobię.

    – Nie zgrywaj bohatera – upomniałem go, zsuwając mu nogawki. – Czego się wstydzisz, skoro widzieliśmy dosłownie każdy centymetr swoich ciał?

    Zaróżowiony facet przede mną delikatnie kopnął mnie w bok. Drżał lekko, gdy wilgotna ściereczka dotykała jego ciała. Myłem go dokładnie, a on obserwował każdy mój ruch. Kiedy podniosłem wzrok i napotkałem to spojrzenie, widziałem wdzięczność odbijającą się w jego oczach, mimo że nie mówił ani słowa.

    – Jesteś zmęczony, Pat?

    – Hmm?

    – Wyszedłeś do pracy o świcie. A kiedy wracasz, musisz się mną zająć, zamiast odpoczywać. – Wytarłem jego nogę aż do palców u stóp, zwracając na nie szczególną uwagę. Pomasowałem je, a następnie pocałowałem lewą kostkę chorego.

    – Oczywiście, że jestem zmęczony, więc musisz szybko wyzdrowieć. Zrozumiano?

    Pran zacisnął usta i zmarszczył brwi. Wyglądał przez okno, unikając mojego wzroku. Gdy mycie dobiegło końca, wziąłem nowy zestaw ubrań. Zanim zdążyłem rozłożyć koszulkę, Pran szarpnął ją i szybko założył na siebie.

    – Przestań. Dlaczego, do cholery, tak się o mnie troszczysz? Jestem w przedszkolu?

    – W porządku. Jak już się ubierzesz, weź leki i idź spać.

    – Właśnie ci mówiłem, że spałem cały dzień.

    – Przedszkolaki bywają niegrzeczne, kiedy kładzie się je spać.

    – Ty…

    Uśmiechnąłem się, drażniąc się z nim. Wstałem, by przynieść mu leki, które powinien zażyć przed snem, i szklankę ciepłej wody. Wziął je niechętnie.

    – Odpocznij, żebyś szybko wyzdrowiał.

    Słysząc mój łagodny głos, przestał stawiać opór.

    Odkąd oficjalnie przejąłem firmę ojca, odpowiedzialność z pewnością wzrosła. Gdy wczesnym wieczorem położyłem Prana do łóżka, włączyłem lampkę na jego biurku, aby przejrzeć dokumenty. Kiedyś sądziłem, że nazwa P&P pochodzi od imienia mojego taty, ale już wiedziałem, że została nazwana po mnie – tym, który miał przejąć biznes i go utrzymać. Par prawdopodobnie nie będzie pracowała w naszej firmie. Miała szansę podążać za swoimi marzeniami. 

    Kiedyś rozmawiałem z Pranem o przyszłości i firmie jego taty, w której nie chciał pracować. Co dziwne, był w tej sprawie bardziej stanowczy niż ja. Cóż, taki energiczny facet jak on nie mógł po prostu czytać dokumentów i analizować inwestycji, skoro włożył tyle wysiłku, by nauczyć się wybranego zawodu. Lepiej, żeby pracował w dziedzinie, która wymaga jego profesjonalnej wiedzy. Wujek narzekał czasami, że jego syn nie spełnia oczekiwań, choć nie robił tego zbyt często. Być może dlatego, że Pran był ich jedynym dzieckiem, więc rozpieszczali go i nie zmuszali do przejęcia biznesu. Szczerze mówiąc, nie byłbym zaskoczony, jeśli Pran założy firmę z przyjaciółmi i pozostawi rodzinną spuściznę bez dozoru. Kiedy nadejdzie ten czas, wujek Pakorn może sprzedać udziały krewnemu, który z nim pracuje. To również nie byłoby dla mnie zaskoczeniem. Myślę, że to oczywista różnica między ojcem Prana a moim. 

    Zamknąłem oczy, bo praca męczyła mój wzrok, i rozciągnąłem napięte mięśnie. Usłyszałem kaszel. Ponieważ pora była późna i na zewnątrz było już zimno, powietrze z klimatyzacji stawało się coraz chłodniejsze. Pran kaszlał tak długo, aż postanowiłem założyć mu na szyję szalik. Nawet nie otwierając oczu, jęknął i próbował go zdjąć. Musiałem go obudzić.

    – Nie chcę. Zabierz to. Niewygodnie mi.

    – Dużo kaszlesz, Pran.

– Nie chcę go na sobie – nalegał. Odwrócił głowę i kaszlnął. – Nie wychodzisz jeszcze?

    – Przyniosłem tu sobie papiery.

    – Która godzina?

    – Druga nad ranem.

    – Idź do domu i prześpij się, Pat – zarządził właściciel pokoju i odwrócił się na bok. – Wiesz, że nie mogę wyspać się porządnie, gdy tu coś robisz.

    Uśmiechnąłem się lekko. Nie chodziło o to, że przeszkadzałem mu spać. Po prostu nie chciał, żebym się zaraził. Wiele razy próbował mnie wyrzucić. W końcu użył swojego starego sposobu, rzucając we mnie raniącymi słowami z podtekstem zmartwienia.

    – Mam po prostu zgasić światło i cię przytulić?

    – Nie trzeba.

    – Jestem śpiący. Nie mam siły iść do domu – stwierdziłem i zrobiłem to, co powiedziałem. Zgasiłem lampę, zasunąłem zasłony i położyłem się pod kocem na łóżku. Pran ściągnął szalik. To była moja szansa, by wsunąć rękę w szczelinę między jego szyją a poduszką, by mógł się na niej położyć.

    – Nie zbliżaj się do mnie.

    – Nie mogę spać bez przytulania się do ciebie.

    – Nie mogę spać, bo mnie przytulasz. Dusisz mnie, Pat.

    – Cóż, nie chcesz nosić szalika. Jeśli będzie ci zimno w szyję, zaczniesz kaszleć. Tracisz głos, a mimo to nadal jesteś uparty.

    – W takim razie go założę.

    – Nie wierzę ci, kłamco.

    – Pat!

    Odwróciłem go i przycisnąłem jego twarz do swojej klatki piersiowej. Gorący oddech muskał mi skórę. Jego wkurzony głos był ochrypły. To było nawet seksowne.

    – Śpij, Pran. Już późno. Jutro z samego rana mam spotkanie.

    – Dlaczego nie położyłeś się wcześniej?

    – Musiałem coś skończyć – odpowiedziałem. Miałem jeszcze trzy godziny snu. – Poza tym czekałem, aż powiesz, żebyśmy spali razem.

    Próbowałem pocałować go w czoło, ale unikał mnie, jak mógł.

    – Mówiłem, żebyś się nie zbliżał.

    – Mogę być jeszcze bliżej.

    – Pat, czuję się o wiele lepiej niż wczoraj. Nie musisz tu jutro przychodzić.

    – Jasne… – powiedziałem, pocierając brodą jego głowę. – Odkąd zachorowałeś, ciągle mnie przeganiasz. Już mnie nie kochasz?

    – Nie, nie kocham cię. Nienawidzę cię. Odwal się ode mnie.

    Właśnie dlatego nazywałem go kłamcą. Pran przeklinał mnie swoim niskim, ochrypłym głosem, a jego dłonie ściskały moją koszulę. W tym momencie postanowiłem unieść jego podbródek i pocałować zbyt gorące, czerwone usta, łącząc jego miękki język z moim. Zanim zdążył zareagować, zaatakowałem go, popychając w dół i kładąc się na nim. Całowałem go raz za razem jak dziecko rozkoszujące się słodyczą cukierka. Zadowolony, wycofałem się. Moje usta były błyszczące i mokre od głębokiego pocałunku.

    – Mówiłem, że się przeziębisz!

    – Nie martw się. Szaleni ludzie tak łatwo nie chorują.

    Zaśmiałem się, pieszcząc jego zarumienioną twarz. W jakiś sposób byłem podniecony, a moje pożądliwe pragnienie szalało, odznaczając się wzwodem. Pran również to poczuł. Odwrócił wzrok, gdy powoli zacząłem ugniatać jego skórę opuszkami palców.

    – Pran? Nic nie powiesz? Jesteś zły? Jeśli się rozchoruję, będę twoją żoną, dobrze?

    – Kto chciałby cię za żonę, sukinsynu?

    Zachichotałem, a właściciel pokoju odwrócił się do mnie plecami.

    – Idź spać – powiedział Pran. W końcu przestał mnie przeganiać. Zegar tykał nieustannie i uporczywie. Przytuliłem mojego chłopaka od tyłu, zmuszając go, by oparł się na jednym z moich ramion. Drugie owinąłem mu ciasno wokół talii. I odpłynąłem. Cisza nocy sprawiła, że obaj zapadliśmy w głęboki sen.

    Światło słoneczne późnego poranka wpadało przez okno z zasłonami rozsuniętymi na jedną stronę, sprawiając, że zmarszczyłem brwi. Wyciągnąłem rękę, by przytulić faceta obok, ale znalazłem tylko pustkę. Powietrze wypełniał zapach owsianki. Czyżby rodzice Prana wrócili wcześniej do domu?

    – Pat.

    Głos Prana był chrapliwy. Zamknąłem oczy, kręciło mi się w głowie i bolało mnie gardło, gdy przełykałem. Odwróciłem się od światła słonecznego. Moje ciało bardzo bolało, gdy próbowałem się rozciągnąć i rozluźnić zesztywniałe mięśnie.

    – Pat, już ósma.

    Oprzytomniałem, gdy Pran odezwał się ponownie. Miałem dziś spotkanie za miastem, więc planowałem wstać o piątej. Chwyciłem za telefon, ale było za późno! Pran zabrał mi go, usiadł obok mnie, po czym odłożył telefon na nocną szafkę, obok miski z gorącą owsianką. Włożył mi termometr do ust.

    – Próbowałem cię obudzić o piątej, ale nawet nie drgnąłeś. Majaczyłeś, więc wyłączyłem budzik.

    Pran się uśmiechnął. Położyłem dłoń na jego czole, miał normalną temperaturę.

    – Wciąż się o mnie martwisz, co? – zaśmiał się. Wyjął termometr i wskazał na liczbę wyświetloną na urządzeniu. – 38 stopni. Jedz i bierz lekarstwa. Powiedziałem w firmie, że jesteś na zwolnieniu.

    – A co z tobą?

    – Wziąłem leki. Czuję się lepiej. Nie wierzyłeś mi, gdy ci to wczoraj mówiłem.

    Jego głos wciąż był zachrypnięty. Odwrócił się, by zakaszleć, po czym wyciągnął tabletki i butelkę ciepłej wody.

    – Pigułka przed posiłkiem – zaordynował. Próbowałem coś powiedzieć, ale gardło bolało mnie zbyt mocno. Na twarzy Prana pojawił się złowieszczy, chytry uśmiech. Kpiąco poruszył brwiami, mieszając owsiankę. – Mówiłem, żebyś trzymał się z daleka, ale ciągle mnie całowałeś.

    – Zazwyczaj nie choruję.

    – Ha! A teraz jesteś chory – powiedział Pran, wpatrując się w porcelanową miskę. – Pamiętasz, co mówiłeś wczoraj wieczorem?

Podał mi łyżkę owsianki, była wystarczająco ciepła, by ją zjeść. Wziąłem trochę i zakrztusiłem się, gdy Pran z kamienną twarzą wypowiedział następujące słowa:

    – Wracaj szybko do zdrowia, Pat, żebyś mógł zostać moją żoną.

    WTF?!



Tłumaczenie: Baka 

Korekta: paszyma / Juli.Ann

    


 Poprzedni   👈              👉  Następny

Komentarze

Popularne posty