TBC – Rozdział 6




Punkt, od którego zaczyna się pamięć


 

Zakończony prolog.

Tyle samo, ile prawdy się ukrywa, tyle można ukryć w sekretach.

Decyzje często rozdzielają myśli w różne strony, choć ostatecznie zostaje tylko jedna droga. Przeszłość... Czasem potrafi ranić tak głęboko, że aż trudno to znieść. Ale jeśli uda się ją przetrwać, wspomnienia często stają się piękną lekcją.

„Nasze początki” są w rzeczywistości końcem, który zaginął gdzieś w pamięci i czasem budzi się na nowo, kiedy spotykamy osobę, od której wszystko się zaczęło. Myśleliśmy, że gdy to się skończy, będzie po wszystkim. Że będzie koniec. Ale sekrety ukryte w pamięci błąkają się bez celu, nie potrafiąc znaleźć zakończenia.

 

Było już dobrze po południu. Dzień powoli chylił się ku zmierzchowi. Słońce ledwo przebijało się przez linię horyzontu, a jasna część nieba została już niemal całkowicie pochłonięta przez mrok. Na zewnątrz unosił się przyjemny, chłodny powiew, ale na niewiele się zdawał w dusznym, wilgotnym powietrzu targu, gdzie mimo wieczoru wciąż roiło się od ludzi.

Chirawat co chwilę unosił do ust butelkę z wodą, wycierając pot spływający mu po karku brzegiem mundurkowej koszuli, która dawno wysunęła się ze spodni. Jego gęste brwi ściągały się z irytacją, gdy spoglądał na młodszego brata – Kiratiego. Ten smarkacz zawładnął jedynym wiatrakiem i z rozkoszą umościł się na wielkim pojemniku z lodem.

– Ki, gorąco mi.

– Przed chwilą sam robiłeś to samo, Ji.

– Dobra, mam wyrzuty sumienia. Przesuń ten wiatrak, bo padnę trupem z przegrzania. – Chirawat rozpiął kilka guzików. Całkowicie przemoczona od potu koszula lepiła mu się do pleców. Mimo że starał się zachować spokój, jego twarz wyraźnie zdradzała napięcie.

– Kiedy wrócą mama i tata?

– Skąd mam wiedzieć?

– Sprzedaż wieprzowiny to cholernie ciężka robota – powiedział, przecierając kark małym ręcznikiem nasączonym zimną wodą.

Jego bystre oczy powędrowały w stronę straganu z mięsem. Świeża, różowoczerwona wieprzowina, krew, noże, gryzący zapach. Nic z tego go nie obrzydzało. W końcu to z tego żyła cała ich rodzina. Obowiązek sprzedaży i zarabiania nie spoczywał wyłącznie na nim i Kiratim, ale odkąd rodzice zostawili ich przy stoisku, to oni musieli dawać sobie radę.

 „Wrócimy niedługo. Zostańcie i pomóżcie zamknąć stoisko”. – Dobrze pamiętał słowa matki.

– Urosło się nam dzięki poświęceniu tych świnek – mruknął.

– No to się ucz, żeby ich ofiara się nie zmarnowała – rzucił Chirawat.

– Naprawdę muszę się bardziej starać? Myślę, że i tak nieźle mi idzie – zaśmiał się Kirati, mrużąc oczy i patrząc na brata. W tym roku Ji był w ostatniej klasie liceum, a on sam – w drugiej.

Od siódmej klasy aż do teraz Ji zawsze był najlepszy w klasie. Kirati natomiast nie przykładał się szczególnie do nauki. Rzadko kiedy trafiał wyżej niż do pierwszej piątki. Nie można jednak powiedzieć, że Ji był kujonem. Wręcz przeciwnie – lubił się bawić. Tyle że… nie jak zwykły dzieciak. Lubił robić dziwne rzeczy. Był łobuzem, a mimo to wciąż osiągał świetne wyniki.

Dowodem na to były sekrety w jego pokoju – kartony papierosów i piękne szklane rurki do palenia Baraku (to alternatywna forma palenia tytoniu, dym przechodzi przez wodną fajkę zakończoną bańką i rurką do zaciągania się). Ale kiedy Kirati te skrytki odkrył, wszystko zniknęło bez śladu. Ji potrafił nieźle mataczyć. Był mistrzem ukrywania. Nigdy się nie zdradzał. Nikomu nie udało się niczego z niego wyciągnąć. Z wyjątkiem jednej rzeczy, której najwyraźniej nie potrafił ukryć... Swoich emocji. Na przykład wtedy, gdy miał przed sobą chłopaka w jego wieku. Jego skóra była tak jasna, że niemal świeciła. Twarz miał chłodną i niewzruszoną, jakby nie obchodziło go nic, co się dzieje na tym świecie. Ale tym, co najbardziej przyciągnęło uwagę Chirawata, był mundurek szkolny tego chłopaka. Granatowe spodnie… Prestiżowa szkoła.

Dlaczego stał akurat przed ich straganem?

– Czego chcesz? – zapytał Chirawat, zawiązując fartuch na plecach.

Ton miał całkiem zwyczajny, choć dla postronnego ucha brzmiał, jakby zaraz mieli się pokłócić. Nikt jednak nie śmiałby się sprzeczać z rzeźnikiem, zwłaszcza gdy ten sięgał po nóż, którego metaliczny dźwięk boleśnie odbijał się od ścian targu.

– Przyszedłem odebrać coś dla mamy – odparł nowo przybyły spokojnym, miłym głosem, dobrze słyszalnym mimo otaczającego ich hałasu.

Chłopak stojący przed Chirawatem zdecydowanie się wyróżniał. Mieli podobny wzrost – byli w tym samym wieku, a może tamten był nawet młodszy. Był niesamowicie atrakcyjny, z proporcjonalną twarzą i brwiami w kolorze włosów. Delikatne załamania powiek i długie rzęsy nadawały jego okrągłym oczom głębi, jakby wciągały wszystko do środka. Wysoki, prosty nos rzucał się w oczy, a usta – czerwone, szerokie, z głębokimi kącikami – nadawały mu wyrazistego uroku. Jego jasna skóra i zadbany wygląd sprawiały, że wyglądał jak ktoś, kto przykłada wagę do detali.

Kiedy chłopak poczuł na sobie intensywne spojrzenie, jego policzki lekko się zaróżowiły. Przesunąwszy palcem po nosie, odwrócił twarz w bok. Był zawstydzony i speszony, choć wyraz jego twarzy pozostał chłodny.

– Co to za rzeczy dla twojej mamy?

– To, co zamówiła.

– Patrz na mnie, jak do mnie mówisz – warknął Chirawat, wbijając nóż w deskę do krojenia. Na jego twarzy malowała się wyraźna irytacja. Nie znosił, gdy ktoś odwracał wzrok podczas rozmowy. Ale jeszcze bardziej nie znosił, gdy ten ktoś... powoli jednak kierował spojrzenie w jego stronę.

– Gdzie to mięso?

– Czyli twoja mama nic mi nie powiedziała? O który kawałek chodzi? Pokroję ci go. – Chirawat zmierzył go wzrokiem, mrugając z lekką dezorientacją, a gdy uniósł brew, wyglądało to jak wyraźna prowokacja. – Który kawałek chcesz?

– O rany, ależ ty jesteś ostry!

– Polędwica, schab, żeberka czy boczek? Mów szybko, nie ślimacz się. Nie jesteś tu jedynym klientem.

Irytacja Chirawata narastała, a w odpowiedzi usłyszał… ciszę. Po pierwsze ten chłopak istotnie nie wiedział, co tak dokładnie miał odebrać, a po drugie zachowanie rzeźnika zupełnie zbiło go z tropu.

– JAKI KAWAŁEK CHCESZ?!

– Nie wiem.

Nie wiedział. Naprawdę nie wiedział. Przystojny chłopak mimowolnie zapatrzył się w głębokie, czarne oczy rozmówcy. Skąd on bierze tę całą pewność siebie? Ze swoich falujących włosów, które zdążyły już za bardzo odrosnąć? Z tego prostego nosa? A może z lekko zaciśniętych w grymasie irytacji ust? Albo z tych ostrych jak u wilka kłów?

Mówią, że ludzie z widocznymi kłami są uparci i zadziorni. I rzeczywiście... Nawet ta deska rzeźnicka i wbity w nią nóż nie wyglądały tak groźnie, jak mina Chirawata. Chłopak ponownie uniósł brew – zupełnie bezwiednie, jakby było to jego nawykiem. Nie będąc świadomym, co takiego wywołał w chłopaku stojącym po drugiej stronie lady, nawet nie zauważył, że ten ostatni ruch nożem poprzedzający głuchy trzask drewna obudził Kiratiego, który dotąd spokojnie drzemał sobie na skrzynce z lodem.

On sam już wcześniej był wystarczająco zaskoczony...

Łobuz.

Ale... uroczy.

– Chcesz się pobić czy co?

– Słucham? – zapytał zdezorientowany Achi, mrużąc oczy i wyraźnie próbując ogarnąć sytuację.

– Co się dzieje, Ji? – rozległ się głos z boku.

Ji... To było imię? Brzmiało znajomo. Jego też zaczynało się na „Achi” – pełne imię: Achiwich.

– Ten blady mnie denerwuje.

– Przecież nic jeszcze nie powiedział. Słyszałem tylko twoje narzekanie.

– Właśnie dlatego mnie irytuje! Nic nie gada. Tylko unosi brew i się gapi. Niemowa czy co? – Z ostatnim pytaniem Chirawat zwrócił się bezpośrednio do „oskarżonego”.

– Czemu się tak gotujesz?

– Kogo obrażasz?

– Tego, na kogo patrzę.

– Wkurzasz mnie.

– Co? Przecież nic nie zrobiłem – odparł spokojnym, opanowanym tonem Achiwich.

Jego rozmówca zacisnął zęby tak mocno, jakby miał zaraz wybuchnąć. Wyglądało jednak na to, że lepiej szło mu kłócenie się niż faktyczna bójka.

– Kretyn!

– Spokój, Ji.

– Już nie mogę! Nie powstrzymuj mnie, Ki.

– Nie robię tego. Chciałem tylko powiedzieć, że mama idzie...

Plask!

– Przestań, Ji!

– Mamo, to boli – jęknął Chirawat, uchylając się przed kolejnym zamachnięciem plastikowej packi na muchy.

– To czemu robisz sceny?!

– No bo... ten gość przyszedł po coś dla swojej mamy. Nie powiedział, o co dokładnie chodzi, więc chciałem mu pokroić świeże, ale... jest wkurzający – marudził, pocierając biodro w miejscu, gdzie dostał od rodzicielki. Dobrze, że nie było ojca, bo pewnie oberwałby w tyłek na środku targu.

– To Achi, syn właścicielki targu. Jego mama zamówiła wieprzowinę – wyjaśniła matka, odkładając packę i ciepło uśmiechając się do chłopaka. – Przyszedłeś po zamówienie mamy, kochanie?

– Tak. Nie wiem dokładnie co, czy boczek, żeberka, czy może coś innego. Nie mam pojęcia.

– Ooo... Mama nic nie doprecyzowała, więc ja też nie wiem – mruknął Chirawat, rzuciwszy mało przyjazne spojrzenie chłopakowi, którego jego mama nazwała „Achi”, po czym wyraźnie i z sarkazmem powtórzył: – Boczek, żeberka, czy może coś innego...

Patrząc na jego niewzruszoną minę, czuł, jak poziom jego irytacji sięga zenitu.

– Znowu się kłócisz?! No już, zostaw, ja to zrobię.

– Tak jest, mamo. – Chirawat odsunął się, jednocześnie mierząc wzrokiem chłopaka przed sobą. – Chodzę do ostatniej klasy liceum, a matka bije mnie przez jakiegoś bananowca – wymamrotał.

– Jesteśmy w tym samym wieku – wtrącił Achiwich, odwracając wzrok, gdy zobaczył, jak Chirawat ciągle jeszcze pociera sobie obolałe biodro. Zrobiło mu się trochę głupio. To musiało naprawdę boleć...

– Serio?

– Ty masz na imię Ji, prawda? – zapytał Achiwich, spoglądając na plakietkę przypiętą do koszuli chłopaka. Chirawat również spojrzał na swoją pierś.

– Achiwich... Nietypowe imię.

– Wszyscy tak mówią.

– Powinieneś być mniej irytujący.

– Jesteś człowiekiem czy nożem rzeźnika?

– Co?

– Masz naprawdę cięty język.

– To była obelga czy komplement?

– Jak sobie chcesz... – Achiwich odwrócił wzrok w chwili, gdy prawdziwa sprzedawczyni wieprzowiny wyłoniła się spod lady z torbą świeżego mięsa.

Odebrawszy ciężką torbę, skinął głową w podziękowaniu, obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Nie zdążył jednak odejść zbyt daleko, gdy za jego plecami rozległ się hałas. Kiedy się odwrócił, ujrzał zmierzającego w jego kierunku Khiang Moo, który chwilę później zatrzymał się przed nim.

– Co znowu? – zapytał Achiwich, marszcząc brwi, gdy Chirawat podsunął mu pod nos plastikową torbę.

– Mama mi to dała. Torba jest ciężka, jak będziesz ją za długo nieść, rozboli cię ręka. Lepiej weź też tę.

– …

– Przepraszam, że źle cię oceniłem i się wściekłem.

– …

– Jestem nieco... przewrażliwiony, ale to nic takiego.

– …

– I czemu ja się w ogóle tłumaczę z tego, jaki jestem?

– Prawda. – Achiwich wziął torbę z rąk Chirawata i zgodnie z jego radą włożył tamtą do tej. Pochylając się, ukrył lekki uśmiech, który uniósł kąciki jego ust. – Do zobaczenia, Ji.

– Niby kto chciałby cię znowu widzieć? – mruknął Chirawat, kręcąc głową i robiąc przy tym dziwną minę. Ten ton był wkurzający, ale... miał w sobie coś ujmującego.

Kiedy Achiwich nie powiedział już nic więcej, Ji odwrócił się i wrócił do stoiska z mięsem. Nie spojrzał już ani razu na chłopaka o jasnej cerze i czerwonych ustach. Nie usłyszał też cichego szeptu kogoś, kto mówił sam do siebie w drodze powrotnej:

– A może to ja chcę cię znowu zobaczyć...

 

Dzwonek rozbrzmiał o piętnastej, ale Chirawat wciąż siedział w klasie, choć lekcje już dawno się skończyły. Kilku chłopaków poprzesuwało ławki do przodu, zostawiając z tyłu wolne miejsce na prowizoryczne boisko do piłki nożnej. Pomysłodawcą całej akcji był oczywiście nikt inny jak Ji – niekwestionowany herszt paczki. Pot lał się z niego strumieniami, koszula przylgnęła do ciała. Rozpiąwszy kołnierzyk, chłopak usiadł pod wentylatorem sufitowym. Jego policzki były mocno zaróżowione, a włosy miał wilgotne, ponieważ dla ochłody polał je wodą. Jego ciemne oczy sprawiały, że nawet siedząc bez ruchu i wpatrując się w okno, wyglądał na zirytowanego. Z góry dostrzegł grupy ludzi kręcących się przed szkołą, jakby właśnie kończyli zajęcia.

– Pe, która godzina?

– W pół do szóstej. Czemu pytasz? Idziesz już do domu? – Siedzący najbliżej wentylatora Praveen zerknął na zegarek i uśmiechnął się szelmowsko.

– W pół do szóstej? Czemu tu tylu ludzi? Jest jakiś event na dole?

– Nie. – Praveen podszedł do okna i wychylił się, zerkając z trzeciego piętra. – Same dziewczyny…

– No fakt, same dziewczyny.

– Chodź, zejdziemy i popatrzymy. Coś się musiało wydarzyć, skoro tak bez zapowiedzi zleciały się tłumy.

– Ty to jesteś zboczek, Pe. – Chirawat skrzywił się zabawnie.

– To ruszysz się czy nie?

– A na co, do cholery, czekamy? Pakuj się – rzucił Ji, mając na myśli, że trzeba wziąć leżące na podłodze torby i wsunąć koszulę w spodnie. Nie uśmiechało mu się zaliczenie surowej kary, gdyby natknęli się na jakiegoś surowego nauczyciela.

Kiedy wszystko było gotowe, chłopcy ruszyli na misję obserwacyjną. Chirawat zszedł na dół w mniej niż trzy minuty. Było tam jeszcze bardziej tłoczno, niż się spodziewał. Kiedy rozejrzał się za Pe, zobaczył tylko pustkę. Domyślił się, że zniknął gdzieś z jakąś dziewczyną.

– Kurde, Pe zniknął... Hej, widziałaś Pe? – zapytał, łapiąc za ramię znajomą dziewczynę. Chyba kojarzył ją z grona fanek swojego przyjaciela.

Dziewczyna odwróciła się z niezadowoloną miną i z westchnieniem skrzyżowała ręce.

– Nie wiem. Pe zawsze taki jest. Przychodzi i znika.

– Pytałem, czy go widziałaś, a nie o jego charakter.

– Nie widziałam. Pewnie się z kimś zaszył. Spróbuj w kiblu przy boisku. Pe lubi tam zabierać dziewczyny.

– Daj spokój. – Machnął ręką. Wiedział, gdzie jest ta toaleta. Raz tam za nim poszedł i zastał go w... niekoniecznie niewinnym momencie z jakąś młodą dziewczyną. Jeśli Pe był tam znowu, Chirawat nie chciał tego widzieć.

– Lepiej pójdę do domu. Nie chcę oglądać żadnej obciachowej sceny. Ale... co tu się w ogóle dzieje? Czemu ty jeszcze nie poszłaś?

– Aaa, chłopak ze szkoły P – powiedziała, podając nazwę drogiej, prywatnej placówki.

Chirawat od razu zmarszczył brwi. Odgadł, kogo miała na myśli. Tego samego chłopaka, z którym poprzedniego wieczoru się pokłócił.

Achiwich.

– No i?

– No bo on jest naprawdę przystojny. U nas takich nie znajdziesz. Zupełnie jakby należał do jakiegoś boysbandu.

– Przystojniejszy od Pe?

– Nie da się porównać. Pe to taki z pazurem, a chłopak ze szkoły P to czysty, elegancki typ. Taki... cichy. Poprosiłam go o zdjęcie i nawet pozwolił mi zrobić. Ktoś nawet chciał od niego numer, ale go nie podał. Pewnie czekał na swoją dziewczynę.

– Mogę zobaczyć to zdjęcie?

– Po co? I tak go zaraz zobaczysz, jak będziesz wracał do domu.

– Dobra, sam sobie zobaczę.

– Już nie szukasz Pe, Ji?

– Pe mnie nie obchodzi – rzucił Chirawat, machając jej na pożegnanie.

Dziewczyna miała twarz wysmarowaną pudrem dla niemowląt i usta czerwone od Uthai Thip (tradycyjny tajski środek leczniczy, ma czerwony kolor, gasi pragnienie i leczy afty; niektórzy używają go jako naturalnego kosmetyku do ust i policzków), a na ręce przewieszoną chusteczkę odświeżającą. Pe twierdził, że to modne, choć Ji nigdy nie rozumiał, co niby w tym fajnego.

– Mnie też Pe dawno przestał obchodzić…

– Tak, tak, pa.

Chirawat nic już nie powiedział. Wyciągając lekko szyję, ruszył przed siebie, by zerknąć na tłum dziewczyn. Każda trzymała w ręku komórkę. Nagle jego wzrok napotkał kogoś, kto był powodem całego tego zamieszania. Jego jasna twarz nie była taka z powodu używania kosmetyków. Czerwone usta nie były pomalowane. To był Achiwich. Nic dziwnego, że opis dziewczyny wydał mu się znajomy. Ale co on tu robił?

Z czystej ciekawości Chirawat ruszył ku niemu. Przepchnąwszy się przez tłum, wpatrywał się Achiwicha, który też spoglądał w jego stronę. Gdy tylko Chirawat się zbliżył, tamten lekko poruszył ustami.

– Khiang Moo...

– Khiang Moo? Co do diabła?! Co ty tu robisz?

– Przyszedłem coś oddać.

– Co niby?

– Reklamówkę.

– …

Po tych słowach zapadła cisza. Rozejrzawszy się dookoła, Chirawat otworzył usta tak szeroko, że było widać jego kły, po czym podrapał się palcem po uchu.

– Powtórz to jeszcze raz. Co powiedziałeś? Głośniej.

– Przyszedłem oddać plastikową torebkę.

– Po co?

– Nie wiem. – Jak zwykle odpowiedź Achiwicha była niejednoznaczna.

– Wydaje mi się, że przyszedłeś tu tylko po to, żeby mnie wkurzyć.

– Skoro tak mówisz. A ty idziesz już do domu?

– No.

– To cię odprowadzę. Stoję tu od końca twoich lekcji. Nogi mnie już bolą.

– A niby dlaczego miałbyś mnie odprowadzać?

– Przyjechałem autem. I tak jadę na targ.

– Ja się tam dziś nie wybieram. Mieszkam tu niedaleko. Sam pójdę.

– Po drodze mam.

– …

– Ta plastikowa torba, którą chcę oddać, została w aucie.

– Co z tobą nie tak? – Chirawat był pewien, że wypowiedziawszy te słowa, miał absolutnie zdezorientowaną minę. Nic z tego nie rozumiał, ale mimo to… ruszył za nim bez oporów.

Miał iść po plastikową torebkę. W głowie kotłowały mu się pytania: po co, dlaczego?

– Dziewczyny z twojej szkoły są przerażające.

– No pewnie. U nas nie ma Albinoskiej Małpy – mruknął chłopak, czując się wyraźnie nieswojo pod spojrzeniami tylu par oczu. Nawet kiedy odbierał nagrodę za konkurs naukowy, nie czuł się tak wystawiony na widok jak teraz.

– Albinoska Małpa i Khiang Moo… Moglibyśmy otworzyć zoo.

– Aleś ty głupi. To co, naprawdę chcesz mnie odprowadzić? – zapytał Chirawat, przyspieszając, by zrównać się z przystojnym chłopakiem o jasnej cerze.

Mundurek Achiwicha wciąż wyglądał nienagannie, jakby chłopak nie postawił dziś kroku poza szkolny teren.

– Jasne.

– Jesteś tak cichy, że to aż irytujące. Ale ja i tak nie idę od razu do domu. Najpierw muszę odprawić rytuał.

– Jaki rytuał?

– Chcesz iść ze mną, baby?

– …

– Nie odpowiadasz. Czyli idziesz. – Po raz pierwszy Chirawat się uśmiechnął i wcale nie był zły, kiedy Achiwich uniósł brwi w zdziwieniu. – Chodź. Zobaczysz.



Tłumaczenie: Juli.Ann 

Korekta: paszyma



    

Poprzedni 👈              👉 Następny 

 


Komentarze

Popularne posty